Podróż na (nie) znany kontynent

„Co wiesz o Afryce” – pytają z wyglądającej na opuszczoną piwnicę (bardziej w stylu dziecięcego azylu niż owianej tabu przestrzeni Urlicha Seidla) aktorzy bydgoskiego przedstawienia, kierując te słowa nie tylko do samych siebie, ale i do widzów. Obok starych bibelotów pamiętających czasy niejednej wojny (maszyna do szycia, potłuczone garnki, drewniane skrzynki) i harcerskiego namiotu, wśród serii skojarzeń szybko pojawiają się „wydęte brzuszki”, „kobiety z garnkami”, brak wody, czy epidemia AIDS. Autorzy przedstawienia nie zamierzają jednak poprzestać na kalkach rzeczywistości, nie chcą też piętnować wyłącznie mas mediów, które kreują świat – jak się później okaże – opłacalny. Zamiast mnożenia stereotypów, dramaturżka spektaklu Agnieszka Jakimiak wraz z reżyserem Bartoszem Frąckowiakiem, starają się formułować pytania o przyczyny uzależnienia Czarnego Kontynentu od Europy. Bazą spektaklu stanie się zarówno sprawiający trudność język (tzw. „słowa które zostały wymazane”), manipulatorskie statystyki o niedożywionych dzieciach albo wreszcie bohaterowie, którzy – jak mówią twórcy – nie wiedzą nic więcej, niż my.

Postaci, a wśród nich Murzynka (Sonia Roszczuk), jako uosobienie innego, boleśnie obnażająca braki wiedzy białego Reportera (Piotr Wawer), a także zamierająca w bolesnym bezruchu na słowo „biały” Stewardessa (Klara Bielawka), wtłoczeni zostają w rzeczywistość znakową. Jakimiak z Frąckowiakiem odwołują się do prostych skojarzeń, poruszając przy tym skomplikowane wątki – jak na przykład nazywać czarnych, kiedy słowo to zostało przed chwilą wymazane z odnalezionego dziennika? I tak, razem z wątkiem problematycznego nazewnictwa, w eter roznosi się stukot wbijanych klawiszy, a gdy mowa o antykoncepcji, na mikrofon zostaje naciągnięty rubasznie ogrywany później kondom. I choć może przez tego typu zabiegi, spektakl będzie, według niektórych, upraszczać kwestie nierozstrzygalne w pięć minut, to dzięki temu, uniknie on ryzykownego w tym wypadku moralizatorstwa. Oglądając Afrykę zaśmiejemy się częściej niż wzruszymy, tak samo jak podrygiwać będziemy w rytm piosenki, której słowa mogą trudno przechodzić przez gardło („my biała wspólnota możemy być dla siebie bliźnimi…”).

Trudno postrzegać przedstawienie Frąckowiaka jako zwartą całość, bowiem całość ma raczej charakter sekwencyjnego występu, w którym tematy zmieniają się tak szybko, jak zmienia się wygrywany na maszynie do pisania dźwięk. Jednak, jak już wspomniałem, celem autorów nie była spójna wypowiedź na zadany sobie temat (czy powtarzanie tego, co udało się ustalić kilka lat wcześniej w przedstawieniu W pustyni i w puszczy. Z Sienkiewicza i z innych), ale dotykanie różnych wątków bardziej na zasadzie wielu tropów i sugestii, niż pojedynczej tezy. Zmienna narracja budowana jest na przykład w oparciu o fotografię boleśnie okaleczonej afrykanki, trzymającej na rękach pozbawione nogi niemowlę. Zdjęciu ze sceny wytknięta zostaje pewna nieprzystawalność – sugestia, że może kobieta powinna mieć więcej blizn. Widzowie dostrzegają mechanizm propagandy i manipulacji, której po części są nie tylko ofiarami, ale i inicjatorami. Bo cóż innego słyszy fotografka, grana przez Anitę Sokołowską, jeśli nie to, że jej kadr staje się ciasną szufladą, w której chciałaby zmieścić swoich czarnoskórych modeli (pewnie po to, żeby wyglądali „jak w telewizorze”)? I to właśnie w emanującym energią i zaskakującym co raz to nowymi pomysłami spektaklu Frąckowiaka zdaje się działać bardzo silnie – motyw wkładania w mocno określony schemat i konfrontacji ze zmieniającymi się realiami funkcjonowania afrykańskiego świata. Mam na myśli aspekty polityczno-gospodarczo-światopoglądowe, od których nie sposób uciec, gdy mowa o przyczynach złej kondycji Czarnego Kontynentu. Z jednej strony, autorzy przywołują więc najważniejsze daty historii chrystianizacji (w tym oczywiście powołanie pierwszego czarnoskórego biskupa, czy słowa dwóch papieży, zakazujących używania prezerwatyw, pomimo alarmującej liczby zachorowań na AIDS). Z drugiej zaś, pojawia się temat niszczenia afrykańskich lasów przez wykupujących obszar biznesmenów, którzy robią to w białych rękawiczkach i pod płaszczykiem służby biedakom.

Pozycję bohaterów (od zamykania oczu na prezentowane fotografie, do głośnego komentowania sprawy ubóstwa przez świetną skądinąd Klarę Bielawkę), którzy bardziej żonglują emocjami, niż rzeczywiście przeżywają beznadziejność sytuacji, możemy także wiązać z pewną zmianą ich statusu. Jak na przykład w scenie, w której pełna wigoru Sokołowska, pozbawiona możliwości użycia aparatu amerykańskiej produkcji , zostaje częściowo rozebrana i pomalowana przez Murzynkę czarną farbą. Naga, czarna teraz pierś, staje się w tym momencie osobnym artefaktem, który dla bohaterki jest niejako ciosem wymierzonym przez obosieczny miecz. Zaskakująco zmienia się charakter postaci Sokołowskiej – pewność zostaje zastąpiona wstydem, tak jak ciało naznaczone pewnym, trudno dającym się nazwać, stygmatem. Fotografka jest także oskarżoną, będąc prawdopodobnie na usługach zafałszowujących mediów, osobą „pomiędzy”, tą, którą trudno wpasować w schemat ładnego obrazka (albo może lepiej – zdjęcia).

Choć każda z postaci ma w sobie trochę z kalki i stereotypu (impostacja Murzynki, zaradność i przebojowość Fotografki itp.) to nie sposób już od pierwszych chwil nie dostrzec świetnie zgranego ze sobą na polu aktorskim zespołu, który ani na moment nie wpada w karykaturę, czy śmieszność (przynajmniej nie tę niezamierzoną). Wszyscy potrafią się tu poruszać w niełatwej, choć świetnie skonstruowanej przestrzeni autorstwa Anny Marii Karczmarskiej i mówić dobry literacko tekst, który tak łatwo mógłby zmienić się w bełkot. „Opuszczając” Afrykę w głowie zostaje mi przede wszystkim kilka obrazów. Za sprawą inteligentnie kreujących swoje role aktorów (zespół TP nie bez powodu okrzyknięto niegdyś najlepszym w kraju) będzie to chociażby moment kojącego głosu Anity Sokołowskiej, opowiadającej dziecku o afrykańskiej szkole, bez dopasowanych ławek i napisu „lekcja” na zielonej tablicy. Za sprawą twórców z kolei, jest to błyskotliwe udowodnienie, że sekret tkwi w prostocie (a przez to bezpretensjonalności) wykorzystania różnego rodzaju elementów – symboli. Kropelki wody odsuwające się od siebie będę tutaj oczywistym nawiązaniem do powstawania i rozpadania się kolonii, a papierowe witraże, zawieszone na reflektorze natychmiast stworzą intymny klimat latarni morskiej. Na koniec nie będzie jednak konkretnego wniosku, ani recepty jak wdrożyć dość nieudolne w tej sytuacji Wolność, Równość i Braterstwo. Nie pojawi się też propozycja wspólnej walki ze zmanipulowanymi dokumentami o Afryce, na której wielu zapragnęło zarobić. Będzie natomiast nadzieja, że słowo Afryka to jedno z tych, które nie zostało wymazane z naszej pamięci.

Afryka_0459.52685154b32ee4610a91eaaf00851e8133 Afryka_0832.52685154b32ee4610a91eaaf00851e8133

http://www.teatrpolski.pl/afryka.html fot Magda Hueckel
http://www.teatrpolski.pl/afryka.html
fot Magda Hueckel
Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Podróż na (nie) znany kontynent

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s