„Noce i dnie” – wywiad z Julią Mark

Beata Kustra: Biorąc sobie na warsztat Noce i dnie Marii Dąbrowskiej nie można zapominać o kultowym serialu i filmie w reżyserii Jerzego Antczaka. Wydaje mi się, że postać Barbary, w którą wcieliła się Jadwiga Barańska oraz Bogumił Jerzego Bińczyckiego to szlagiery polskiego kina. Nie bałaś się, że część widowni będzie miała pewne oczekiwania i wyobrażenia związane właśnie z pamięcią produkcji Antczaka jak i postaci powieści?

Julia Mark: Oczywiście miałam pełną świadomość, że z tymi wyobrażeniami trzeba się będzie mierzyć i zadałam sobie pytanie, czy muszę i chcę im sprostać. Pomyślałam, że prawdopodobnie większość z nas ma wyobrażenie Barbary i Bogumiła, które zależy od indywidualnych emocji, pamięci filmu, większość z nas mogłaby parafrazując Flauberta powiedzieć „Barbara Niechcic to ja”. Nie sposób spełnić takich oczekiwań, więc zaczęliśmy budować nasze „Noce i dnie” bazując na osobistych refleksjach i odczuciach.

BK: Kto pierwszy wpadł na pomysł wystawienia powieści Dąbrowskiej?

JM: Zuza Bućko, współautorka adaptacji, miała ogromny sentyment do serialu Noce i dnie, kiedyś podzieliła się tym ze mną i tak pojawił się pomysł.

BK: Mam wrażenie, że twój spektakl jest mniej sentymentalny niż film Antczaka. Przełamujesz go m.in. tworzeniem na scenie żywych obrazów współczesnych malarzy czy wykorzystując piosenki takich wykonawców jak Radiohead czy Led Zeppelin. Oczywiście są sceny, w których słychać słynny walc Basi i Bogumiła. Jednak ten sentymentalizm zostaje ukryty za współczesną kulturą i sztuką.

JM: Myślę, że może bardziej odsłania sentymentalizm w innym świetle. Na scenie pojawiają się postaci i sytuacje zapożyczone z polskiego malarstwa – Chełmońskiego, Malczewskiego, Grottgera, Boznańskiej. Widz najczęściej nie do końca wie i rozpoznaje skąd ta kompozycja, ale to ma drugorzędne znaczenie. Chodzi mi przede wszystkim o pewien rodzaj estetyzacji świata, w którym widz może poczuć, że przeszłość rzeczywiście była piękna. A ta przeszłość, którą ja pokazuję, jest lukrowana przez nasze wyobrażenia i sentymenty.

BK: Czy od razu wiedzieliście z których obrazów malarskich chcecie korzystać czy to wyszło na etapie pracy nad spektaklem?

JM: Zaczęliśmy już pracę z wybranymi inspiracjami. Daria Polasik-Bułka, która wcieliła się w postać Agnieszki Niechcic, w jednej ze scen wrzuca chryzantemy do grobu – wiedzieliśmy, że ona musi wyglądać jak z obrazu Olgi Boznańskiej „Dziewczyna z chryzantemami”. Wiedzieliśmy, że  potrzebujemy scen powstańczych i że to musi być polski malarz bo jednak Noce i dnie są mocno utopione w polskości. Padło na Artura Grottgera, niestety Delacroix to to nie jest…

BK: Muzyka jednak nie jest polska.

JM: Nie jest. Myślę, że ciężko byłoby ograniczając się wyłącznie do polskiej playlisty albo muzyki dawniejszej znaleźć utwory, które będą pełniły dokładnie te funkcje, które nam były potrzebne. Na początku określaliśmy rolę muzyki, później szukaliśmy utworu. Pozwoliliśmy sobie na granie z emocjami i faktycznie jak szukaliśmy wyciskacza łez to żeby on był jak w amerykańskim kinie.

BK: Zdarzyło Wam się kiedyś spotkanie z widzem, którego wyobrażenie powieści Dąbrowskiej było tak mocno ukształtowane przez film, że nie mógł się od niego uwolnić podczas oglądania spektaklu?

JM: Na premierze siedziałam koło Pani 60+, która wracając po przerwie na drugą część przedstawienia, mówiła: nawet walca nie ma, nawet muzykę zepsuli. To było zresztą tuż przed tym, jak ten walc w końcu pojawia się w spektaklu.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s