Rozmowy z…

Co sądzisz o… ? – czyli pytania do widza po spektaklu „Afryka”

Co sądzisz o sięganiu po, tak rzadko poruszany w teatrze, temat jakim jest Afryka – czy może być to interesujące dla polskiego widza?

Tak. Dla mnie Afryka jako kontynent nie jest wcale interesująca i nie stała się też taka po spektaklu, który bardzo mi się podobał. On się broni na poziomie formalnym. Sam sposób podania informacji sprawia, że widz może wejść w Afrykę obok afrykańskiego tematu i szukać pewnych punktów, które będzie mógł metaforyzować, bądź rozwijać. Stąd trochę staje się obojętne czy widz interesuje się Afryką, czy nie.

Czy Tobie też, tak jak aktorom spektaklu, podczas myślenia o Afryce wpadają do głowy stereotypowe obrazy?

Absolutnie. Moja Afryka to kraj Króla Lwa, reportaży Kapuścińskiego i studni budowanych przez Bono.

Czy podpisałabyś się pod stwierdzeniem, że publiczność została oskarżona o pielęgnowanie we współczesnej kulturze przywołanych w przedstawieniu stereotypów związanych z Afryką?

Nie czułam się tu oskarżana, nie przyjmowałam tego w ten sposób. Mam wrażenie, że sytuacje oskarżenia niwelował fakt, że twórcy również nie byli znawcami. Prowadzona opowieść była fragmentaryczna, to nie była opowieść znawcy. Jeśli już, to wszyscy byliśmy na równi winni niewiedzy o Afryce.

„Polacy zakładają tu mycki i stają się Żydami…”

Rozmowa z Joanną Rzączyńską, grającą w spektaklu Aktorzy żydowscy w reżyserii Anny Smolar z Teatru Żydowskiego w Warszawie

FMK: Chcielibyśmy zacząć od pytania, skąd w ogóle zrodził się pomysł na spektakl tak mocno odbiegający od szlagierów Teatru Żydowskiego? Sami przywołujcie Państwo w Aktorach żydowskich takie tytuły jak Dybuk, czy Tewje Mleczarz.

J.R: Przede wszystkim, należy powiedzieć o momencie, w którym my, twórcy Teatru Żydowskiego, zadaliśmy sobie pytanie o to jaki ten teatr powinien być i co właściwie chcielibyśmy tutaj grać. Uważam, że w tym względzie pewnym momentem granicznym okazała się być śmierć dyrektora (Szymona Szurmieja – przyp. red.), choć przyznaje, że już wcześniej w naszym Teatrze zaczęły pojawiać się pewne zmiany. Skutkiem chęci „nowego” była np. współpraca z Piotrem Cieplakiem, czy Michałem Zadarą, mającymi inny pomysł na ten teatr, inny, niż to, z czym byliśmy i nadal jesteśmy kojarzeni. Chcieliśmy, żeby przedstawienia to nie były w końcu tzw. „śpiewogry”, powielające stereotyp sztetla.

FMK: Co więc zaważyło na tym, że dopiero niedawno rozpoczęła się poważna dyskusja wokół kondycji i zmian, jakie powoli zachodzą w Teatrze Żydowskim?

J.R: Być może te nowe spektakle nie były wystarczająco zauważalne, żeby teatr mógł uniknąć tych najbardziej bolesnych uwag jakie padają pod jego adresem. Rozpoczęła się jednak dyskusja środowiskowa na temat linii repertuarowej teatru i kierunku, w jakim nasz zespół powinien podążać. To stało się pewną inspiracją dla zaproszonej przez Panią Gołdę Tencer (obecną dyrektor artystyczną Teatru Żydowskiego – przyp. red) Ani Smolar, która doszła do wniosku, że najlepiej będzie opowiedzieć o naszym teatrze w kontekście różnych aspektów funkcjonowania i poprzez ludzi jego tworzących. Pamiętam też, że ważnym impulsem dla powstania przedstawienia, okazał się artykuł napisany w Gazecie Wyborczej, którego autor bardzo mocno skrytykował zarówno aktorów teatru, nazywając ich między innymi amatorami, jak i rodzinny charakter tego miejsca. Myślę, że to wówczas dotknęło cały nasz zespół, a Ania doskonale ten drażliwy temat wyczuła, jednocześnie mocno angażując nas w proces powstawania reżyserowanego przez siebie spektaklu.

FMK: Ważnym aspektem przedstawienia był motyw stereotypowego i przejętego kulturowo patrzenia na Teatr Żydowski oraz związanej z tym marginalizacji, pewnego oderwania od zasad, którymi rządzi się większość instytucji.

J.R: Tak, ponieważ ten spektakl opowiada o pewnej sytuacji getta branżowego. My, jako aktorzy wielokrotnie spotykamy się z wymownym milczeniem, kiedy mówimy, że pracujemy w Teatrze Żydowskim. W środowisku teatralnym bardzo silnie funkcjonowała opinia, że nasz zespół to grupa amatorów, która potrafi tylko śpiewać, tańczyć i mówić w języku jidysz. Myślę, że gdzieś jest w tym także wina samego teatru i jego dyrekcji, która dobierała repertuar w zupełnym oderwaniu od tego co dzieje się na współczesnych scenach. Jakbyśmy zupełnie zapomnieli, że teatr zdążył się przez te kilkadziesiąt lat tak bardzo zmienić (o tym w Aktorach żydowskich mówi monolog Jurka Walczaka). Aktorzy już od dawna sygnalizowali ogromną chęć współpracy z twórcami, którzy są ciekawi, coś znaczą i przede wszystkim mają jakąś inną propozycję niż spektakle prezentujące w tradycyjny sposób kulturę żydowską przez niektórych nazywane „cepelią”.

FMK: Teatr Żydowski został tak bardzo ściśle sklasyfikowany, że właściwie trudno jest się wyzbyć uproszczeń, czy łatek w rozmowie o nim. Tym bardziej, mając na uwadze fakt, że w widzu w ogóle często odzywa się chęć stworzenia różnego rodzaju szufladek dla poszczególnych scen repertuarowych. Do Waszego teatru publiczność przychodzi z konkretnym oczekiwaniem: poznać odrobinę kultury żydowskiej, samemu pozostając jednocześnie w bezpiecznej pozycji. Stąd pytanie, czy Pani zdaniem można w jakiś sposób uciec od tych krzywdzących ram i co dziś może oznaczać ta, w której zostaje zamknięta – dokładnie jego nazwa.

J.R: Myślę, że teraz jest bardzo ciekawy moment dla Teatru Żydowskiego, stawiający nas wszystkich przed pytaniem – jaki on tak naprawdę powinien być? Z jednej strony, nie może się oderwać od przeszłości, a z drugiej, powinien otwierać jakąś dyskusję. W naszym przedstawieniu walczą ze sobą te dwie siły. Jedną z nich jest z pewnością tradycja. Ale też Polska jest miejscem, w którym została dokonana przez nazistów Zagłada, dlatego ten kontekst wydaje się także silny. Najważniejszym pytaniem okazuje się to, w którą stronę pójść – czy Teatr Żydowski nie powinien być może pewnego rodzaju hybrydą, która wychodzi naprzeciw poszczególnym oczekiwaniom, ale też proponuje coś innego dla widza, pragnącego wyjść poza, wspomniany już stereotyp.

FMK: Wydaje nam się, że Aktorzy żydowscy bardzo mocno poruszają tę kwestię – robiąc tym samym duży krok na przód – dokonuje się zetknięcie pewnej kliszy z tym co tu i teraz. Poza tym, ważna jest też pewna otwarta formuła Waszego spektaklu, która w nieco autoironiczny sposób, prowokuje widza do dyskusji, a nie pozostawia go z tylko z odgórnie założoną tezą.

J.R: Myślę, że gdyby tego nie było, to ciężar spektaklu mógłby okazać się przytłaczający. Ani Smolar i Michałowi Buszewiczowi, który pisał tekst, chyba o to właśnie chodziło – żebyśmy mogli się do całego problemu odpowiednio zdystansować. Cieszę się, że wspominacie o tej dowolności, bo bardzo chcieliśmy uniknąć stawiania wszelkich tez, które w dodatku wydają się w tej sytuacji tak trudne do zdefiniowania. Coś będzie za, coś przeciw, ważne natomiast co z tego zetknięcia racji może wyniknąć.

FMK: Na polu tego zetknięcia, sprzeczności, powstaje – zasadne w tym względzie pytanie -„jak ja postrzegam naród żydowski”, „czy nie patrzę przez pryzmat mocno skategoryzowanego wizerunku Żyda – skąpca”? Proszę zatem powiedzieć, jak powstał pomysł monologu Ryszarda Kluge o „grosikach”? Puenta była jasna – jeśli Żyd, to na pewno będzie się kłócił. Generalnie, jesteśmy bardzo ciekawi jak powstawał ten dość niecodzienny, stworzony przez Michała Buszewicza tekst.

J.R: Praca rozpoczęła się od przeprowadzenia przez twórców rozmów z całym naszym zespołem, przy czym część aktorów już na tym etapie zrezygnowała ze względu na specyficzny rodzaj tego projektu. Nie wszyscy chcieli mówić o sobie prywatnie, rozumiem to. Nagrania, które udało nam się zrealizować, stanowiły inspirację dla tekstów, które powstawały w czasie prób. Później oczywiście bardzo dużo rozmawialiśmy i improwizowaliśmy na różne tematy. Finalnie do spektaklu wplecione zostały nasze historie, ale też wypowiedzi innych kolegów. Michał Buszewicz miał zatem bazę, z której stworzył teksty monologów, czy biogramów. Można więc powiedzieć, że było to coś w rodzaju teatru dokumentalnego.

FMK: Czyli te monologi, które słyszymy na początku spektaklu, są rzeczywistymi słowami, które padły już kiedyś podczas dyskusji?

J.R: Oczywiście nie będziemy udawać, że nie są one prawdziwe. Są prawdziwe, ale część z nich została spreparowana. Pewne nasze cechy, potraktowane nieco autoironicznie, zostają tutaj podkreślone, stając się częścią składową naszych postaci. To, że w spektaklu przywołuję sytuacje bicia kolegi z piaskownicy, nie znaczy przecież, że nie robiłam nic innego poza terroryzowaniem swoich rówieśników. Chodzi raczej o pewną esencję, która łączy jakieś moje prywatne, konkretne doświadczenia z rolą jaką finalnie gram w przedstawieniu.

FMK: Bardzo ważnym aspektem, w kontekście budowania Waszych ról, wydaje nam się bezpośredni kontakt z widzem, który wytwarza atmosferę pewnej intymności. Przez to zaciera się granica między tym, co jest zmyślonym dodatkiem do spektaklu, a realnym doświadczeniem nie tylko Was samych, ale i Waszych bliskich. Jako publiczność pozostajemy nie do końca świadomi, w pewien sposób zdezorientowani.

J.R: Tak, tym bardziej, że na początku padają nasze rzeczywiste imiona i nazwiska. Jest to ryzykowne o tyle, że baliśmy się zostać zamknięci w obrębie kilku dat z naszego życia, które staną się dla widzów swoistym sygnałem na zasadzie „oto jestem cała ja”. A przecież to nie do końca jestem ja. Poruszając ten temat podczas prób, doszliśmy jednak do wniosku, że na zewnątrz każdy z nas przyjmuje jakiś inny obraz siebie, jakąś role – czy to Joanny Rzączyńskiej, czy Ryszarda Kluge.

FMK: Wracając jeszcze do tematu tekstu, który jak Pani wspomniała, powstał na zasadzie pewnej selekcji i kolażu, wnioskujemy, że pierwsze biogramy zostawały nieraz mocno zmieniane. Czy pojawił się w tym względzie jakiś konflikt na linii aktor-dramaturg, o którym tak często słyszymy w przypadku tego typu metod pracy?

J.R: Myślę, że dzięki komfortowym, wspaniałym warunkom, jakie stworzyli nam Ania z Michałem (reżyserka i dramaturg – przyp. red.) praca wiązała się z ogromną delikatnością. Zamiast jakiejkolwiek oceny, mieliśmy ze strony twórców zagwarantowaną pełną uwagę. To spowodowało, że czuliśmy bezpiecznie, co jest bardzo ważne w tego typu projektach. Aktorzy żydowscy pozwolili nam popatrzeć na siebie z innej strony, bez etykietek, które też przyklejamy sobie na co dzień w zespole. Dla mnie osobiście, ta praca to pewien moment zwrotny, otwierający na współpracę i eskperyment.

FMK: Czy uważa Pani, że będziecie podążać dalej tym nowym, otwartym nurtem?

J.R: Bardzo bym chciała, żeby tak było. Choć chcę też powiedzieć, że jako aktorka Teatru Żydowskiego czuję potrzebę inspiracji z zewnątrz, możliwości współpracy z inną sceną. To, jak się okazuje, wciąż jest dość trudne. Stwierdzam to, patrząc chociażby na kolegów z zespołu, którzy sporadycznie grali pierwszo, bądź drugo planowe role, natomiast często po prostu tło. Warto by w końcu pokazać, że my, aktorzy tego teatru, nie jesteśmy wcale gorsi, chcemy się przede wszystkim nadal rozwijać.

FMK: A jak trudno było wejść w tak ściśle określone środowisko – jakim jest Teatr Żydowski – wcześniej współpracując z bardziej „klasycznymi” scenami, takimi jak Teatr Ochoty, czy Teatr Muzyczny w Łodzi?

J.R: Było mi bardzo trudno, bo tak naprawdę w ogóle nie chciałam być w tym teatrze. Tak się zdarzyło, że znalazłam się w zespole. Ale pewnie podobnie jak Ania Smolar, w ogóle do tego teatru nie chodziłam, uważając go za powielający stereotyp „sztetla”, gdzie pracują sami amatorzy. Dopiero będąc wewnątrz zmieniłam zdanie i zobaczyłam, że wygląda to zgoła inaczej.

FMK: Jedna z aktorek mówi w spektaklu, że nie ma żydowskiego pochodzenia. Jak więc wygląda zetknięcie tych dwóch światów. Część aktorów nieżydowskich staje się reprezentacją tej społeczności.

J.R: To jest właśnie bardzo ciekawe, że mamy miejsce spotkania. Tu, w Polsce, gdzie po Holokauście Żydów już prawdziwie nie ma. Dla wielu z członków zespołu ważniejszy od grania, był kontakt z kulturą żydowską. Jest w tym coś wzruszającego, że Polacy zakładają tu mycki i stają się Żydami, chcąc wypowiadać się w ich imieniu.

FMK: Niesamowite staje się to, o czym Pani mówi, w kontekście współczesnym. Dzisiaj, kiedy po 70 latach otwieramy na nowo ten zepchnięty na margines temat, wydawane są nietłumaczone wcześniej książki, napisane po 1945 roku.

J.R: Myślę, że jako Polacy, z których jakaś część brała udział w pogromach Żydów, stajemy teraz przed ważnym momentem odkrywania historii na nowo. Do tej pory mówiło się tylko o tych Polakach, którzy ratowali Żydów. Bardzo bym chciała, żeby u nas w teatrze poruszono ten temat, bo myślę, że jest to kwestia, dotykana w teatrze polskim ciągle bardzo asekuracyjnie, może poza wyjątkami („Apolonia” Warlikowskiego, niektóre spektakle Strzępki i Demirskiego czy dramat Sikorskiej-Miszczuk pt. „Burmistrz’). Bardzo czekam na tego typu rozliczeniowy spektakl w Teatrze Żydowskim. Być może w jakimś stopniu odpowiedzią na te oczekiwanie będzie powstające teraz przedstawienie Izabelli Cywińskiej na podstawie opowiadań Hanny Krall.

FMK: Na koniec chcielibyśmy jeszcze wrócić do tematu zespołu aktorskiego, konkretnie Pani jako członka tej różnej, zarówno pod względem profesjonalnego wykształcenia, jak i pochodzenia kulturowego grupy. Czy Pani żydowskie korzenie w ogóle mają w tej kwestii jakieś znaczenie, może coś ułatwiają, albo przeciwnie, prowokują nadawanie niepotrzebnych łatek?

J.R: Moje bycie w teatrze wiąże się z byciem wnuczką dyrektora, co okazuje się silnie stygmatyzujące. Łatwo powiedzieć więc o mnie, że miałam łatwiej, choć w rzeczywistości było zupełnie odwrotnie. Pomimo, że mam wspaniały kontakt z zespołem, to pozostaje wrażenie, że chęć zaszufladkowania przez te różne powiązania mojej osoby ciągle istnieje. Staram się do tego dystansować, mając na uwadze, że o mnie, jako o aktorce, świadczy to co robię. Stąd pewnie pojawia się u mnie jeszcze większa potrzeba wyjścia na zewnątrz. Mam nadzieję, że zdarzy się coś, co pomoże mi spróbować zmiany. Myślę też sama o swoich projektach. Robiłam jakiś czas temu spektakl na festiwalu Singera o młodych żydówkach, tzw. trzecim pokoleniu. Ponadto dużo piszę. Przede wszystkim jednak, czekam na coś inspirującego w teatrze, na możliwość wyjścia poza kliszowy schemat grania kobiety żydowskiego pochodzenia, zaczerpnięcia świeżej, inspirującej energii.

Bardzo dziękujemy za rozmowę i życzymy Pani Joannie Rzączyńskiej wielu, co najmniej tak samo twórczych i prowokujących do dyskusji projektów jak spektakl Aktorzy żydowscy!

 

  Forum Młodych Krytyków

 

Autoryzowano 27.10.2015

Joanna Rzączyńska

Co sądzisz o…? – czyli pytania do widza po spektaklu „Grażyna„.

Pierwsze słowo – skojarzenie po spektaklu, słyszysz Grażyna myślisz…?

Muzyka

Grażyna inscenizowana przez Radosława Rychcika to kolejna odsłona „romantycznej trylogii” reżysera. Czy widzisz pewną kontynuacje pomiędzy wcześniejszymi spektaklami i tarnowskim przedstawieniem?

No tak. Co prawda ta inscenizacja jest o wiele bardziej skrótowa, nie tak rozbudowana jak dwie poprzednie, ale nadal są nawiązania do popkultury, boisko do kosza, koszulki z numerami zawodników wiszące nad sceną. Wszystko napędza świetna muzyka.

Jaką wizję współczesnej kobiety Twoim zdaniem prezentuje spektakl?

Dla mnie jakakolwiek problematyka została tu ledwo muśnięta, zarysowana w krótkim wstępie Narratora, ale nijak rozwija się w przedstawieniu. Co prawda nie znałam wcześniej dramatu (a tekst w spektaklu w wyśpiewanych kwestiach często jest niezrozumiały), ale Grażyna wydaje mi się bardzo bezbarwna. Niewiele mówi o niej sam gest całowania jej stóp przez Rymwida, mam wrażenie że jej postać została
potraktowana powierzchownie.

Ubiegłoroczna edycja festiwalu zakończyła się sukcesem Radosława Rychcika. Myślisz, że i tym razem spektakl reżysera ma szansę na zwycięstwo?

Myślę, że nie. Widziałam już lepsze przedstawienia podczas tegorocznej edycji,
zresztą Dziady były po prostu bardziej pomysłową i złożoną inscenizacją, z pewnością lepiej wyreżyserowaną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s