Rozmowa z aktorami spektaklu Jana Klaty „Wróg ludu”

15137521_1172271902859065_7094066945149161686_o

Fragmenty rozmowy z aktorami Narodowego Starego Teatru, która została przeprowadzona przez Beatę Kustrę i Stanisława Godlewskiego po pokazie spektaklu „Wróg ludu” 20 listopad 2016 roku:

Beata Kustra: Pragnęlibyśmy porozmawiać z Państwem o improwizowanym monologu wygłaszanym przez Juliusza Chrząstowskiego grającego doktora Stockmanna. Podczas dzisiejszego spektaklu niewątpliwie wytworzył się podczas tej sceny jakiś rodzaj wspólnoty. Czy w innych miastach jest podobnie?

Juliusz Chrząstowski: Długo można mówić o tym, co się podczas tego monologu wydarzało i będzie wydarzać. Miesiąc temu graliśmy „Wroga ludu” w Chinach, gdzie ten fragment miał zupełnie inną treść, inny charakter i inny przebieg. W tym samym dniu, w którym graliśmy przedstawienie w Łodzi, odbywała się tam manifestacja ONRu – treści monologu narzucały się same. Ten fragment ma charakter półimprowizowany. Zmieniam go, można powiedzieć, że go „upgraduje”. Co innego mówiłem rok temu, 3 października, gdy odbywała się premiera tego przedstawienia, zaś co innego mówię teraz. Niektóre tematy pozostają jednak stałe. Problem smogu jest obecnie jeszcze bardziej aktualny, kwestia uchodźców nie zdezaktualizował się. Pozostałe tematy inspiruje natomiast samo życie. Co do reakcji publiczności, to można powiedzieć że dzisiejsze wydarzenia były standardowe. Dwie osoby wychodzące z sali to norma (głos z publiczności: wyszło też dziewięć osób z balkonu!). Zdarzyło się na przykład, że jakiś mężczyzna opuścił salę trzaskając drzwiami. Powiedział, że nie będzie mi dawał satysfakcji. Za miesiąc wręczył mi różę i mnie przeprosił. Były też takie sytuacje, że przyszło kilka osób z gwizdkami, za pomocą których zagłuszali monolog. W pewnym momencie wszedł na scenę postawny mężczyzna. Przez moment było groźnie, nie wiedziałem co ten człowiek zamierza zrobić. Wygłosił swój pogląd, zszedł ze sceny i dalej gwizdał. Sytuacja zrobiła się napięta: ludzie zaczęli kłócić się między sobą. Moi koledzy stwierdzili, że muszą mnie wspomóc i wtedy wyszli na widownię. Bardzo gorzko brzmiało potem to „won” napisane na scenie jako graffiti. Gdy graliśmy spektakl w mojej rodzinnej Świdnicy na Dolnym Śląsku, opowiadałem o napisie, który widziałem naprzeciwko mojej szkoły podstawowej. „Nie tęczowa, nie czerwona tylko Polska narodowa”. Potem podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział, że zaraz po spektaklu znalazł w piwnicy farbę i to zamalował. Poszliśmy potem tam gdzie był ten napis i rzeczywiście przykryto go świeżą farbą. To są przykłady tych krótko i długodystansowych zdarzeń, które ten spektakl prowokuje.

Stanisław Godlewski: Chciałem nawiązać do poruszanego przez Was problemu smogu. Arthur Miller, który współpracował przy pisaniu scenariusza do filmu „Wróg ludu”, powiedział, że głównym tematem tego dramatu jest ekologia. Jak odnajdujecie się w tej „zasyfionej” przestrzeni scenicznej?

Małgorzata Zawadzka: Ten bałagan jest konieczny do określenia tej rodziny, tego domu, tego świata. Bardzo nam pomógł zdefiniować, zrozumieć tą rzeczywistość, w której działają bohaterowie. Mieliśmy na przykład takie próby, podczas których reżyser kazał nam wchodzić w interakcję z przedmiotami zalegającymi na scenie. Dochodziło wówczas do różnych abstrakcyjnych sytuacji – w ten sposób powstała między innymi scena chowania burmistrza w „tunelu” przypominającym dżdżownicę. Tak skonstruowana scenografia narzuciła nam określoną konwencję gry. Możemy sobie pozwolić na przerysowane środki wyrazu – wiemy, że jeżeli tego nie zrobimy, to ta przestrzeń może nas przytłoczyć, co sprawi, że znikniemy w tym bałaganie.

Reklamy